Zjednoczenie Niemiec

3
25.7.1991 "East-Side-Gallery", gelegen zwischen der Jannowitzbrücke und der Oberbaumbrücke. Reste der Berliner Mauer, die nach der Öffnung von vorwiegend ostdeutschen Künstlern auf der Ost-Seite bemalt wurden.

3 października u sąsiada za Odrą to święto narodowe. Tego dnia Niemcy świętują ponowne zjednoczenie. W telewizji serwowane są radosne obrazki ze scenami burzenia muru berlińskiego i ludzi z obydwu stron Berlina wpadających sobie w ramiona. Panuje radość, łzy wzruszenia lecą strumieniami, a to wszystko przy akompaniamencie radosnych okrzyków. 11 miesięcy po tych wydarzeniach dochodzi do oficjalnego zjednoczenia obydwóch państw niemieckich. W fali ogólnej radości mało kto wie, że Rosjanie podczas negocjacji pod debatę stawiają także kwestię terenów byłych Prus Wschodnich, RFN odrzuca jednak propozycję ich ewentualnego odkupienia i tak już za samo NRD musi zapłacić 15 miliardów marek niemieckich (co czyni ok. 90 marek za każdego mieszkańca kraju).

Entuzjazm i miłość do bliźniego w zjednoczonym kraju panuje ok. 6 miesięcy, potem zaczyna się rozczarowanie. Byłe NRD zalewają zachodnie produkty, inwestorzy wykupują za bezcen pozostałości po socjalistycznych zakładach pracy, a przeciętny obywatel z byłych Niemiec Zachodnich zaczyna pojmować, że to teraz na tej części Republiki spoczywać będzie finansowanie całego przedsięwzięcia. W obiegu pojawia się coraz więcej niewybrednych dowcipów o Ossis (Niemcach z byłego NRD). Ciągle łatwo ich rozróżnić po stroju, sposobie bycia i postawie ciała (spuszczona głowa) na ulicy. Są teraz obywatelami drugiej kategorii. Coraz więcej zaczyna się mówić, że grupa obywateli, która optowała za trzecią droga dla NRD miała prawdopodobnie rację…

Pozostałości muru berlińskiego przy Muzeum Topografia Terroru

Do 2014 roku akt zjednoczenia kosztował Niemcy dwa biliony euro. (dane: Zeit Online, „Eine Zahl mit zwölf Nullen”, 23. październik 2014). Tą liczbą mieszkańcy byłych Niemiec Zachodnich lubią sobie niejednokrotnie wycierać gębę, stękając przy tym, jak ciężko im się teraz żyje i wracając do wspomnień, jaki piękny i kolorowy był świat bez tego enerdowskiego balastu. Co zadziwia takie wypowiedzi słyszę niejednokrotnie od osób popierających partie lewicowe… (Przy tym wszystkim dziwi fakt nieutulonych tęsknot części społeczeństwa, że i Prus Wschodnich RFN wtedy nie wykupiło…). Obywatele byłego NRD mają zaś niejednokrotnie poczucie wyzucia z własnej historii, godności i bycia po prostu kupionym przez Zachód.

Temat poniesionych kosztów w procesie zjednoczenia kraju jest jak beczka prochu, której naukowcy na forum publicznym nie chcą otwierać. Prawda jest jednak taka, że sporą część z owej astronomicznej sumy  dwóch bilionów poniosły same byłe Niemcy Wschodnie. Dodatkowo, jak podaje Zeit Online, po 1990 setki tysięcy byłych obywateli NRD przeprowadziło się na zachód kraju, po odliczeniu migracji między wschodnią,  a zachodnią częścią kraju byłe Niemcy Zachodnie miały zyskać 2 miliony nowych rąk do pracy, co z kolei miało przynieść państwu niemieckiemu 35 miliardów euro rocznie z samych podatków uzyskanych od dochodów. O tym się już zbytnio nie mówi.

Niemniej dokładne podliczenie zysków i strat utrudnia fakt otwarcia dla Niemiec nowych rynków na wschodzie oraz napływ imigrantów do Niemiec, którzy także wypracowują nie małą część produktu krajowego brutto (odsyłam do mojego postu: http://sbundowani.blogspot.de/2015/09/euromajdan-eu-imigranci-i-media.html)

Inną kwestię stanowią rzesze bezrobotnych na wschodzie kraju żyjące z zasiłku. Tu muszę się na chwile zatrzymać i abstrahując od tematu wyrazić ogromne uznanie dla Polaków, którzy po zmianie systemu wzięli swój los w ręce i pokazali, że potrafią być niezwykle przedsiębiorczy. Państwo niemieckie ze swoim superowym socjalem rozleniwiło dość mocno swoich obywateli, którzy stękają i marudzą, jak im ciężko, ale stosunkowo mało inicjatywy wykazują, by ten stan rzeczy zmienić.

Wracając jednak do tematu rozliczenia zjednoczenia Niemiec, do głosu dochodzi jeszcze jeden aspekt, a mianowicie przeliczenie emerytur ludziom z byłego NRD po stawce RFN. Informacji, jak to się przekłada na końcowy bilans rozliczeń nie mogę już znaleźć…

Podsumowując można chyba jednak stwierdzić, że obydwie strony coś straciły i coś zyskały, ale radość z faktu bycia w końcu jednym narodem zatruwają Niemcom wzajemne żale. Dla tych z Zachodu są one związane głównie z kwestiami finansowymi, a dla tych ze Wschodu napomknięte już wcześniej poczucie bycia okradzionym z własnej tożsamości. Podczas zjednoczenia popełniono bowiem ogromny błąd. RFN w całej swojej pyszałkowatej pewności, że jej wizja na państwo i życie jest lepsza, nie zainteresowała się specjalnie w jakiej rzeczywistości przez 40 lat jej nowi obywatele żyli i że może były w tej socjalistycznej rzeczywistości rzeczy, które obywatele NRD przy całej niedoskonałości funkcjonowania systemu socjalistycznego jednak cenili. NRD zostało wykupione od Rosjan, po czym nowym terenom narzucono swoją hierarchię wartości. Gdy jest się świadomym tego, jak przebiegł proces integracji nie dziwią już wypowiedzi byłych obywateli NRD, że właściwie to zostali anektowani. Od przeciętnego Niemca wymaga się znajomości pisarzy z zachodniej części Niemiec, ale taki Wessi (Niemiec Zachodni) rzadko się zainteresuje, czy w ciągu 40 lat istnienia NRD powstały tam może ciekawe utwory literackie, czy też filmy. Wielu z góry zakłada, że kultury w tym kraju nie było. A we Wschodnich Niemczech powstało wiele niezwykle interesujacych dzieł, niejednokrotnie o wiele ciekawszych niż dzieła autorów z Niemiec Zachodnich, tak to bowiem bywa, że w reżimach politycznych kultura potrafi niesamowicie rozkwitnąć.

Co mnie jednak napawa jeszcze większym obrzydzeniem niż ignorancja dużej części zachodniego społeczeństwa w Niemczech jest ich przekonanie o słuszności własnych poczynań. Niejednokrotnie podczas wszelakiego rodzaju dyskusji nt. ustroju politycznego NRD dochodzą do głosu opinie „Jak mogliście dopasować się do tak obrzydliwego, nieludzkiego systemu?”. Przy tym byli Niemcy Zachodni zapominają, że po II wojnie światowej nie rozliczyli oprawców nazizmu. Obywatele kraju wystawiali sobie nawzajem tzw. Persilscheine („zaświadczenia o czystości poglądów”, nawiązujące w nazwie do znanej marki proszku do prania), w których to zapewniali. że ich sąsiad, wujek, kolega z pracy nie miał nigdy nic wspólnego z Niemiecką Narodowosocjalistyczną Partią Robotników. Umożliwiło to wielu zbrodniarzom wojennym dalsze spokojne życie. Jednym z przykładów jest Reinefarth odpowiedzialny za masakrę na Woli podczas Powstania Warszawskiego. Do 1962 był posłem do Landtagu prowincji Schleswig-Holstein, a od 1967 prowadził własną kancelarię. Nigdy się nie ukrywał, zmarł w 1979. Kolejny przykład, to procesy oświęcimskie, które odbyły się dopiero 20 lat (!) po zakończeniu wojny i skończyły się pokazowym oskarżeniem części zbrodniarzy skazanych na dość łagodne kary. Do czasu drugich procesów oświęcimskich (pierwsze miały miejsce w Polsce w 1947) pojęcie „Auschwitz” było w RFN nieznane.

W obliczu tych faktów wytykanie swoich braci z pogardą nie jest na miejscu, zwłaszcza, że NRD rozliczyło się w miarę dokładnie ze swoją nazistowską przeszłością. O to postarali się Rosjanie. Już w 1946 w NRD nakręcono film pod tytułem „Mordercy są wśród nas” poruszający problem przebywających na wolności przestępców wojennych. Obywatele NRD też nigdy nie mieli ciągot odzyskania utraconych terenów na Wschodzie, za którymi tak wzdychają (nieraz nawet do dnia dzisiejszego) Wessis.

To fakt, że i ustrój oraz panująca atmosfera w NRD pozostawiała sporo do życzenia. Od każdego Polaka, który w tamtym czasie był w Niemczech Wschodnich słyszę opowieści o koszmarnej inwigilacji. Sami Ossis częściej koncentrują się na wspomnieniach, jak to ludzie sobie nawzajem pomagali. Zaczęłam się zastanawiać zatem, kto ma rację i kto mniej zniekształcił swoje wspomnienia, aż w końcu znajomy z byłych Niemiec Zachodnich, którego żona pochodziła z NRD wytłumaczył mi, jakoby obydwie te wersje były prawdziwe. „Wzajemne szpiegowanie się było codziennością, więc przy obcych zachowywano się niezwykle na dystans, ale gdy ludzie zostawali w gronie ludzi dobrze znanych, pokazywali nagle inne twarze, a wszelkie spotkania stanowiły po części też miejsce niejakiego rynku, gdzie załatwiano dla siebie nawzajem przeróżne rzeczy.” opowiada mi.

I Ossis, i Wessis mają swoje za paznokciami, ale na niemieckim forum publicznym głośno mówi się jednak tylko o wszelkich niedemokratycznych występkach NRD, o braku właściwego rozliczenia się ze swojej nazistowskiej przeszłości przez RFN milczy się. W końcu Willy Brandt klęknął w 1970 przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie, tego że znaczna część opinii publicznej wówczas go za to opluła już się nie pamięta.

Państwo powinno traktować takimi samymi kategoriami wszystkich swoich obywateli. Nie można gnoić jednej grupy, gdy druga część też święta nie była, a przede wszystkim nie można powiedzieć ludziom, że 40 lat ich życia było nic niewarte. A w Niemczech właśnie to ma miejsce, a każde święto Ponownego Zjednoczenia przebiegające według schematu „zwycięzcy historii” – jak to nazywają często Ossis – jest jak wsadzanie noża w ranę.

Przykry w tym wszystkim jest fakt, że prezydent kraju zamiast pracować na rzecz zespolenia społeczeństwa dzieli je jeszcze bardziej. Początkowo nie mogłam zrozumieć, dlaczego wielu Ossis z taką pogardą wypowiada się o Joachimie Gaucku, którego ja długi czas niezwykle ceniłam za jego zwrócenie się w stronę Europy Środkowo-Wschodniej i pracę na rzecz dobrych relacji politycznych z tą częścią Europy, ale kupiłam sobie w końcu jego książkę „Zima latem, wiosna jesienią” i… zrozumiałam. Stosuje w niej tą samą retorykę, jaką ostatnio zamocował na końcu kija, którym postanowił zdzielić tyłki polskiemu społeczeństwu za jego nastawienie wobec uchodźców w Europie. Abstrahując od tego, czy Polacy mają rację, czy też nie, wytłumaczenie nastawienia naszego społeczeństwa jest w moim osobistym przekonaniu w dużym stopniu konsekwencją niełatwej historii naszego kraju i od człowieka mającego – wydawać by się mogło – jako takie pojęcie o tej części Europy oczekuje się bardziej zróżnicowanej opinii od zwykłego pastorowania w duchu ewangelickim. Joachim Gauck jednak piastując urząd prezydenta najwidoczniej nie potrafi wyjść ze swojej roli księdza. Jego przemówienia mają niejednokrotnie formę kazań, które z pozycji wieu Ossis wygłaszane są przez osobę, której system sojalistyczny aż tak mocno nie dotknął, a która dziś próbuje kreować się na jego ofiarę.

File:2016-10-03 Joachim Gauck (Tag der Deutschen Einheit 2016 in Dresden) by Sandro Halank.jpg
Autor: Sandro Halank. Źródło: Wikimedia -zdjęcie udostępnione na podstawie licencji: CC-BY-SA 3.0

 

Choć Gauck sam pochodzi z byłych Niemiec Wschodnich patrzy na historię niezwykle jednostronnie – pozytywnych stron enerdowskiej rzeczywistości nie widzi, osiągnięcia swoich współziomków przeacza, o dorobku kulturalnym NRD się nie zająkuje – jednym słowem ogłasza wszem i wobec, że życie kilkunastu milionów obywateli NRD było szare, do niczego i niejednokrotnie odarte z godności. Proszę bardzo, jako prywatna osoba może sobie mieć taką opinię, ale od głowy kraju oczekuje się jednak działań mających na celu zbliżenie ku sobie poszczególnych grup społeczeństwa.

Tak na marginesie, to Gauck pozwala sobie w swojej książce na wiele więcej, jako że pod koniec przechodzi do oceny polityki wybranych państw po upadku Związku Radzieckiego. Min. ocenia Polaków, jakoby popełnili błąd nie przeprowadzając zaraz po zmianie ustroju takiej lustracji, jaką Niemcy u siebie zorganizowali. O tym, czy polska idea „wielkiej kreski” była słuszna, czy nie można dyskutować. Są grupy społeczne, które ubolewają nad faktem, że nie przeprowadziliśmy lustracji, inne uważają, że w obliczu problemów, przed jakimi staliśmy, ważniejsze od wzajemnego wytykania się palcami i kłótni było wyciągnięcie się z bagna, w którym wówczas wylądowaliśmy. Osobiście przychylam się do tej drugiej opinii, ale rozumiem rozczarowanie ludzi, którym rozliczenia z przeszłością zabrakło. Co mi jednak w lekko wygłoszonej opinii Gaucka przeszkadza jest fakt, że w swojej książce w ogóle nie zauważa odmiennej sytuacji gospodarczej i ekonomicznej naszego kraju w tamtym czasie. My nie mieliśmy brata z Zachodu, który wpompował w nas jakby nie było niemałą kasę (notabene tzw. podatek solidarnościowy jest odciągany w Niemczech z pensji do dnia dzisiejszego, w byłych Niemczech Zachodnich jego stawka jest trochę wyższa od stawki w byłym NRD). Staliśmy na skraju bankructwa, panowała wielka bieda i w tatmtym momencie musieliśmy się w miarę szybko na jakiś kurs zdecydować. Decyzja padła na „kolektywną” pracę na rzecz odbudowy kraju. A Gauck w tonie swojego pastorskiego moralizatorstwea powołuje się w końcu na  jakiś afrykański kraj, co już w ogóle nie ma przełożenia do oceny wydarzeń na naszej szerokości geograficznej.

Wróćmy jednak na niemieckie podwórko. Mniej więcej w podobny sposób odbywa się i jego rozliczenie przeszłości NRD. Przestaje zatem dziwić, że przeciętny Wessi myśli, iż taki Ossi powinien być wdzięczny za przynależność do świata Zachodu, w końcu sam prezydent kraju tako rzecze. A Ossis powoli rzygają konsumpcjonizmem, którym ich zakażono. Tęsknią za wysokim poziomem szkolnictwa i kulturą trzymającą pewne standardy. Ból braku poważnego potraktowania kończy się dążeniami do uznania byłych Niemców Wschodnich jako mniejszości narodowej. Na razie wniosek odrzucono, ale w internecie pojawia się coraz więcej ofert sprzedaży koszulek z napisami „Dziękuję mamo, że jestem Ossi”. Słyszę, gdy coraz więcej Niemców z terenów wschodnich podkreśla, że pochodzą z tych WŁAŚCIWYCH Niemiec, które rozliczyły się z historią nazistowską. Obserwuję też, jak coraz mocniej kultywowane są dialekty wschodnie zwłaszcza po serii naprawdę żenujących reklam telewizyjnych, w których wyśmiewano się z języka używanego w przyłączonych Bundeslandach.

Jakoś to wszystko nie wygląda mi, aby Niemcy szli w stronę wzajemnego zrozumienia i smutne to, bo w końcu cała gra toczy się o odrobinę wzajemnego szacunku. W końcu święto upamiętniające zjednoczenie kraju powinno być raczej radosne, a nie stanowić przyczynek do odgrzewania wzajemnych żali.


Statystyki odwiedzin strony (dane Google Analytics)

Unikalni użytkownicy: 87

Wszystkie wyświetlenia strony: 136

Unikalne wyświetlenia strony: 92


Poprzedni artykułDlaczego Greczynkę boli głowa?
Następny artykułARTYSTKA ŻYCIA. ROZMOWA Z ELLEN SCHERNIKAU
Avatar
Mam na imię Katarzyna i choć z wykształcenia jestem w pierwszej linii germanistką, to znajomi za sprawą wszystkich moich pasji nazywają mnie "Kobietą Renesansu". W moim życiu zawodowym zajmuję się głównie promocją Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej oraz integracją międzykulturową, która to działalność zaprowadziła mnie min. do Parlamentu Niemieckiego. Na swoim koncie mam też serię wystaw w galeriach niemieckich poświęconych naszemu kawałkowi Europy. Nie jestem typową emigrantką "za chlebem". Właściwie to zawsze chciałam żyć w Polsce. Dwa razy już mieszkałam w Niemczech i za każdym z tych razów próbowano mnie przekonać, bym tu została, ja jednak uparcie jak bumerang wracałam na łono ojczyzny. Jest jednak takie powiedzenie "do trzech razy sztuka", które w moim przypadku miało swoje przełożenie... a zadbał o to ze wszystkich sił Mój Najcudowniejszy Pod Słońcem Mąż (ksywka ta stanowi uśmiech w stronę Ephraima Kishona, satyryka węgiersko-izraelskiego pochodzenia (urodzony jako Ferenc Hoffmann w 1924 na Węgrzech, „ponownie narodzony” w 1949 jako Ephraim Kishon w Izraelu który pisząc o swojej drugiej połówce używał określenia „Najcudowniejsza Ze Wszystkich Żon”) Bliżej mogliście nas poznać z serii artykułów w "Przyjaciółce":)

3 KOMENTARZE

  1. tl dr

    Zachodni postępowi niemcy gardzą wschodnimi landami czyli typowy protekcjonalizm mentalny i patrzenie z góry ergo w zasadzie dalej mająw sobie ten hitlerowski pierwiastek poczucia lepszości.

    Niemcy wschodni nie mają takich cen.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj