Brytyjska herbatka – cała prawda

4

Brytyjski stosunek do herbaty powinien podlegać jakimś surowym karom; w najlepszym wypadku obowiązkowym sześciogodzinnym kursom Na Temat, z kupą wykresów i bez darmowego bufetu.

Niejeden to raz naszłam na plecy współpracowników pochylone nad moją filiżanką w modry wzorek w biurowej kuchni; plecy mają zwykle oczy w nomen omen spodki i pokazują coś palcami. Nie raz musiałam się tłumaczyć, że to nie marihuana, pozwalająca mi przetrwać kolejny roboczy poniedziałek, ale her-ba-ta. LIŚCIASTA. Tak, tak, tłumaczę cierpliwie, jak dzieciom: herbata w torebkach nie rośnie na półkach w supermarkecie. Herbata to taka roślinka. Taki krzaczek tyciuni, niebożątko takie.

Całe zamieszanie bierze się stąd, że przeciętna herbata w Wielkiej Brytanii składa się z kubka wrzątku z mlekiem, w którym na ułamek sekundy zanurza się kompletnie pozbawioną smaku torebkę taniej herbaty z tesco. Napój w ten sposób powstały jest mętną lurą bez cienia szansy na romans z polskimi kubkami smakowymi.

Uwaga, ważne! Jeśli zamawiając herbatę w kafei wyraźnie nie zaznaczysz, że życzysz sobie czarną, to podadzą ci mleczną lurę jako default. Zostałeś ostrzeżony.

I niech mi nikt nie wspomina o żadnych brytyjskich fajfoklokach, jak np. ten z klasyki pt. 'Jak rozpętałem drugą wojnę światową‘, bo coś takiego nie istnieje; w każdym razie nie w Walii. A pytanie what would you like for tea, dear?, czyli: co życzysz sobie na herbatkę, moja droga? nie oznacza pytania o preferowany rodzaj herbaty (nie jestem pewna, czy statystyczny Brytyjczyk rozróżnia w ogóle rodzaje herbat), ale o popołudniowy posiłek, często traktowany zamiennie z obiadem.

Jedyna rzecz, która się zgadza ze stereotypem to to, że herbata jest dla Brytyjczyków, w tej liczbie tych z Walii, ważna; aczkolwiek ważniejszy jest sam fakt picia, niż to, co się pije. Niezrozumiałe jest to herbaciane barbarzyństwo, które popełniają; ale jako przedstawicielka narodu złożonego w dużej mierze z ogórków kiszonych nie powinnam raczej pierwsza rzucać kamieniem kulturowego potępienia.

Poza tym, oni tu mają jeszcze cream tea, i już tylko z tego jednego powodu jestem skłonna wiele im wybaczyć. Dla tych, który nie wiedzą, cream tea to nie herbata ze śmietaną, jak mogłaby sugerować nazwa, ale herbata uczciwie zaparzona w czajniczku w towarzystwie ciasteczka zwanego scone (najlepiej prosto z pieca); na ciasteczko nakłada się własnoręcznie clotted cream (rodzaj gęstej śmietany u nas nie występujący) i dżemik. Brytyjski klasyk. To lubimy.

Cream Tea do zazdrosnego podziwiania na zdjęciu u góry strony.


Statystyki odwiedzin strony (dane Google Analytics)

Unikalni użytkownicy: 0

Wszystkie wyświetlenia strony: 34

Unikalne wyświetlenia strony: 25


Poprzedni artykułPozwolenie na pobyt w Szwajcarii
Następny artykułWyspa Hvar
Od ośmiu lat mieszkam w niedużej Walii, kraju wiecznego deszczu, który wbrew powszechnej opinii nie jest częścią Anglii. Świat generalnie mało co wie na temat Walii; nawet Polacy którzy tu mieszkają często nie wiedzą jak pięknym jest miejscem. Tak więc ja wypełniam pracowicie niszę na rynku prowadząc fotoblog http://www.annawwalii.wordpress.com.

4 KOMENTARZE

  1. Jestem wielkim fanem herbaty jako miniposiłku: scones i clotted cream są wspaniałe (i nieosiągalne gdzie indziej).

    A co do lury herbacianej to zapraszam na Węgrzy. W porównaniu do tutejszych szczurów najpodlejsza brytyjska herbata z supermarketu to delicje:)

  2. Ej, ale wyczaiłam ostatnio w Tesco, ze Twinnings wypuścił miniseryjkę herbat liściastych. Może dostali dotacje z Unii, i jest im wszystko jedno, czy się sprzeda.. Będzie się próbować.

  3. ostatnio wpadłem w panikę, bo sainsbury’s wycofał z oferty praktycznie wszystkie gatunki liściastej herbaty (w sumie miał z sześć). na szczęście m&s jeszcze coś tam sprzedaje. w razie kryzysu pozostaje jeszcze internet, ale to chyba nie jest normalne w kraju słynącym z miłości do herbaty?!?

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj