Miłość w Bankoku

1
jaktosierobiwbankoku
Becki i Somsak, moja ulubiona para

jaktosierobiwbankoku

Hahaha… Już słyszę ten sardoniczno-ironiczny, gorzki śmiech setek kobiet, które przybyły kiedyś do Bankoku i pomyślały, że miło by było znaleźć kogoś specjalnego, taka mała wisienka na torcie. Kilka tygodni później ze zdumieniem stwierdzają, że nikt specjalnie się nimi nie interesuje, a po 2-3 miesiącach pobytu, patrząc na kolejną parę cudzoziemiec-Tajka, dochodzą do wniosku, że miłość w Bankoku spotyka tylko mężczyzn. Mówimy tu oczywiście o mężczyznach z tzw. zachodu.

Ale czy to rzeczywiście prawda? Moja koleżanka właśnie dzisiaj wyszła za mąż, za spotkanego tu Taja i jest to druga taka moja znajoma para. Jest to bardzo rzadkie i wszyscy to przyznają, że Taj i cudzoziemka to dziwny widok i mało spotykana okoliczność. Moja pierwsza znajoma para tego typu wciąż żyje szczęśliwie w Stanach, mają dziecko, wychowują też jego córkę z pierwszego związku i są moim ulubionym małżeństwem. Znam jeszcze jedną parę, oboje ze Stanów, spotkali się tu,  po czym wrócili do domu razem, pobrali, pokonali przeciwności losu – on alkoholizm, ona nauczyła się żyć na nowo po utracie wzroku i jest instruktorką jogi. Mieszkają razem ze swoim tajskim psem, którego zabrali ze sobą, najpiękniejszą białą kulką puchu, jaką kiedykowliek widziałam. A więc jednak  trzy pary. Całe trzy pary, gdzie kobieta falang znalazła swoją miłość w Bankoku.

Ale, ale… Wiem, że mój blog czytają kobiety  z Tajlandii, więc może one coś dorzucą, jakiś ochłap no pocieszenie duszy? Bo  kiedy co jakiś słyszę pytanie od znajomych „spotkałaś może kogoś?” automatycznie patrze ze zdziwieniem i mówię ” W Bankoku?” na co słyszę: „no przecież nie każdy facet z zachodu chce być tylko z Tajką, muszą być jacyś, którzy chcą kobietę z zachodu”. Otóż nie, nie ma. Serio, uwierzcie mi. Te jakieś pojedyńcze przypadki potwierdzają tylko regułę, ze Bankok jest miejscem, gdzie kobiety z zachodu staja się „przezroczyste”, tracą swoją kobiecość i potencjał zostania dziewczyna, partnerką, żoną. Zostajemy koleżankami z pracy, znajomymi, kumpelami, wysłuchujemy opowieści o kolejnych podbojach, związkach, dziewczynach, zdradach i miłościach.

Właśnie teraz siedzę w pracy, nieopodal grupki moich znajomych nauczycieli, którzy zapomnieli się chyba, a może nawet mają to gdzieś, że jestem kobietą i opowiadają sobie o swoich dziewczynach, żonach i generalnie Tajkach. Pracując trzeci rok w tym kraju, jestem już do tego przyzwyczajona, przeszłam już przez okres zdziwienia, wnerwienia, buntu i prób walki przeciwko „systemowi”, zaakceptowałam fakt, że tak już tu jest i nie analizuję tego szczególnie, nie oburzam się, nie biorę osobiście.

Za to gdyby zapytać mężczyzn o miłość w Bankoku, odpowiedź byłaby całkiem inna – „Tak, tak oczywiście, najlepsze miejsce świata, sklep ze słodyczami; cud, miód, malina”. Na 26 mężczyzn, z kórymi pracuję tylko 2 nie ma partnerki Tajki, wiem, że szukają i jeden z nich ostatnio chyba kogoś spotkał. W mojej poprzedniej szkole było podobnie, jednyna różnica polegała na tym, że o ile w mojej szkole mam masę żonatych i  dzieciatych panów żyjących szczęśliwym życiem rodzinnym, tam miałam masę graczy i bawidamków, stałych bywalców Patpong, czyli dzielnicy czerwonych świateł, po prostu seks-turystów. Patrzyłam na tych gamoni i ofermy i nie wierzyłam własnym oczom. Wybaczcie moją niepoprawność polityczną, ale inaczej tego nazwać się nie da.

Faceci, których nikt nie chciałby tknąć w ich ojczystym kraju, nagle paradowali z nieziemsko pięknym, smukłymi, młodymi pięknościami, zawsze na wysokich obcasach i zrobionymi na bóstwo; których zadaniem było wzbudzenie zazdrości i podziwu  u innych facetów – „big wow, stary!” i „ten to ale ma laskę, pozazdrościć!”. I o ile w przypadku facetów to działało, to my, kobiety raczej wiedziałyśmy, że panie te sa z nim dla a) ich pieniędzy b) paszportu c) jednego i drugiego. Jasne, nie zawsze, zdarzały się szczere związki, ale w 99% była to właśnie taka sytuacja. I kiedy próbowałysmy im to powiedzieć, słyszałyśmy, że jesteśmy zazdrosne i że jak takie mądre jesteśmy, to pokażmy tego naszego faceta, i że oni już nigdy, przenigdy nie będą z kobietą z zachodu, bo jesteśmy brzydsze, grubsze, gorzej się starzejemy, a do tego mamy fochy, no i wymagamy. No i tu urywała się duskusja i nawet jak sobie w myślach mówiłyśmy – „i tak bym Cię nie chciała”, to po kilku miesiącach psycha siadała, samoocena jeszcze bardziej i można było spokojnie na kozetkę się kłaść, powtarzać sobie mantry „jestem super, fajna i w ogóle wow” a i tak nie pomagało. Na około mnie widziałam masę superfajnych, atrakcyjnych kobiet, które były w podobnej sytuacji i robiły dobrą minę do złej gry. Cóż innego pozostawało?

Na szczęście od czasu do czasu słyszę historie, które są miodem na moją duszę i powinnam słuchać ich częściej. O tym, że te piękne panie żądają pensji i jest to całkiem sporej. Tak z 30 tys. baht na miesiąc, choć cena waha się bardzo w zależności od części Tajlandii. I nie jest to pensja na utrzymanie domu, jedzenie i opłaty, to pieniądze na to, żeby owa pani mogła robić się na bóstwo i kupować seksowne ciuszki. O tym, że panie te, samozwańczo mianując się  „żonami”, dalej chcą być zapraszane, wożone, obsypywane prezentami i traktowane jak królewny, za co w zamian będą odgrywały uległe, zakochane i wpatrzoną jak w obraz. Że chcą spać tylko w pościeli z Hello Kitty (to moja ulubiona historia), bo Doremon kompletnie im nie pasuje  (Doremon to Tajska odpowiedź na różowego kotka –  niebieski, wnerwiający, muzykalny kot, pozbawiony za grosz seks appealu); i że w ogóle mają jeszcze kilku mężów, rozsianych gdzieś po świecie, ślących im pieniądze i naiwnie wierzących w ich tęsknotę i miłość. Wtedy czuję się lepiej, uśmiecham się pod nosem i konkluduję, że chyba wolę być samotna.

Acha, ten co tak pluł na grube, brzydkie kobiety z zachodu, został samotny i porzucony po tym, jak jego żona dostala paszport w Londynie i teraz niestety zmuszony jest poszukiwać wśród brzydkich i grubych Angielek. I dobrze mu tak, kara idealna, lepszej bym nie wymyśliła. A moja koleżanka, która miała dziś wyjść za mąż, niestety zrobić tego nie mogła, bo urzędnik, ten co to mógł ich pożenić, nie stawił się do pracy i kazali im wrócić jutro. Tylko w Bankoku.


Statystyki odwiedzin strony (dane Google Analytics)

Unikalni użytkownicy: 0

Wszystkie wyświetlenia strony: 2

Unikalne wyświetlenia strony: 2


Poprzedni artykułKoreański system edukacji
Następny artykułGrudzień Szwedzi jadą na wakacje
Kiedy opuszczałam Polskę kilkanaście lat temu, nigdy nie przypuszczałam, że rozpoczynam długoletnią podróż. Wtedy planowalam osiąść na stałe w Nowym Orleanie. Kilka lat później, będąc w Londynie, zrobiłam kurs Celta i zaczęłam uczyć angielskiego w różnych krajach. Chiny, Tajlandia, Brazylia, UK, znowu Tajlandia. Właśnie wróciłam tu po raz trzeci, tym razem z moim synkiem Alexem. Jak to się robi w Bankoku to zapiski z mojego życia codziennego, podróży, obserwacje z miejsc, które miałam okazję poznać.

1 KOMENTARZ

  1. Doskonale napisane :-) Mieszkam już 4 lata w Tajlandii i wszystko potwierdzam, na prowincji gdzie mieszkamy, nie znamy ani jednego związku kobieta falang+Taj, w naszym miasteczku są może 3 białe kobiety i setki, tysiące białych facetów w związkach z Tajkami.
    pozdrawiam
    Ewa

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj